Internet od dawna nie jest już miejscem, w którym tylko oglądamy świat. Dziś to przede wszystkim przestrzeń, w której oglądamy samych siebie — i to w wersjach, które jeszcze dekadę temu mogłyby wydawać się futurystyczne, a może nawet niepokojące. W 2025 roku młodzi ludzie żyją w rzeczywistości, w której ciało cyfrowe, ciało przefiltrowane i ciało realne to trzy równoległe byty, nakładające się na siebie jak warstwy w Photoshopie. Tożsamość nie jest już czymś, co się „ma”. To coś, co się produkuje, aktualizuje, optymalizuje — tak samo jak aplikacje w telefonie.
Filtry, beauty-trendy, ulepszacze twarzy oparte na sztucznej inteligencji, AR-przymierzalnie i coraz bardziej dopracowane deepfake’i stały się podstawowymi narzędziami ekspresji i autokreacji. Ale to także narzędzia nacisku, porównań i napięć, które działają w tle, jak cichy system operacyjny psychiki. Młodzi ludzie doskonale wyczuwają, że ich wizerunek, ich „cyfrowa twarz”, jest walutą, którą płaci się za uwagę, widoczność, za miejsce w społecznej hierarchii algorytmów. I choć wiedzą, że filtry są iluzją, większość wciąż ich używa — bo w świecie, w którym wszyscy retuszują, prawdziwa twarz zaczyna wyglądać jak błąd w systemie.
Rok 2025 to moment, w którym technologia upiększania twarzy stała się tak zaawansowana, że potrafi „poprawić” użytkownika w sposób subtelny, wręcz niezauważalny. Nie chodzi już o olbrzymie oczy, koci filtr i porcelanową skórę. Nowe narzędzia działają jak cyfrowy makijażysta: lekko unoszą linię żuchwy, rozjaśniają cienie, usuwają zaczerwienienia, wygładzają skórę — ale tak, by nikt nie mógł wprost powiedzieć, że to filtr. To dopasowanie jest tak precyzyjne, że człowiek zaczyna przyzwyczajać się do tej „wersji premium” siebie. A kiedy później patrzy w lustro, widzi jakby wczesną betę, nie wersję finalną.
Ten rozdźwięk między „ja w filtrze” a „ja w lustrze” nie jest jedynie niegroźnym śmiesznym efektem technologicznym. Psychologowie od lat alarmują, że takie przetwarzanie własnego wizerunku prowadzi do wzrostu niezadowolenia z ciała, obniżonej samooceny, a u części młodych — do objawów dysmorfii, w której człowiek zaczyna obsesyjnie skupiać się na rzekomych niedoskonałościach. Problem jest poważniejszy, niż się wydaje. Badania ujawnione przez samą firmę Meta pokazały, że nastolatki, które czują się gorzej ze swoim wyglądem, dostają od algorytmu jeszcze więcej treści skupionych na ciele, odchudzaniu, poprawianiu wyglądu. Algorytm — zamiast neutralizować ich niepewność — wzmacnia ją. Nie dlatego, że jest „zły”, lecz dlatego, że takie treści zwykle przyciągają uwagę.
Dla młodych ludzi to codzienność. Mają wrażenie, że ich twarz jest nie tylko częścią nich, lecz także projektem — czymś, co trzeba nieustannie doszlifowywać. Filtry stają się szkłem powiększającym aspiracje i jednocześnie narzędziem kontroli społecznej. Jeśli filtr dodaje blasku, to znaczy, że bez filtra jest go za mało. Jeśli algorytm nagradza smukłość, to znaczy, że ciało powinno do niej dążyć. Jeśli wszyscy wyglądają tak samo, różnica zaczyna być wadą.
Nastolatki w tym świecie nie funkcjonują jednak jedynie jako bierni odbiorcy technologii. Są jej aktywnymi architektami, projektantami własnych mikro-trendów i stylów. To oni decydują, które filtry staną się wiralem. To oni przesuwają granice między modą a auto-ekspresją. W ich rękach filtr jest narzędziem kreacji — możliwość eksperymentowania z nowymi wersjami „ja”, nieraz wymyślonymi na potrzeby konta, persony czy konkretnej społeczności online. Cyfrowa tożsamość pozwala im testować własny obraz tak, jak kiedyś testowało się ubrania w przymierzalni. Tyle że teraz każda przymiarka jest publiczna, oceniana, komentowana.
Wielu dorosłych nie do końca rozumie, że to wszystko nie jest dla młodych zabawą. Ich cyfrowe wcielenie to realna część ich tożsamości. Jeśli ktoś zniszczy ich wizerunek w sieci, na przykład poprzez deepfake’a czy „nudifying” — coraz popularniejsze narzędzia pozwalające generować nieprawdziwe nagie zdjęcia — nie uderza to tylko w obraz online, ale w ich realną osobę, ich poczucie bezpieczeństwa, ich relacje. Coraz więcej szkół zgłasza takie przypadki: uczniowie tworzą zmanipulowane zdjęcia koleżanek i kolegów i wrzucają je do zamkniętych grup. To nie jest niewinna głupotka. To trauma, która zostaje na lata. Prawo w wielu krajach, w tym w Polsce, wciąż nadrabia dystans, bo technologia rozwija się szybciej niż kodeksy.
Jednocześnie platformy społecznościowe rozdają sygnały dwuznaczne. Z jednej strony mówią o bezpieczeństwie, wprowadzają ograniczenia, testują etykiety „edytowane”, obiecują narzędzia pomagające odróżnić obraz autentyczny od przetworzonego. Z drugiej — nadal premiują to, co wizualnie atrakcyjne, dopracowane, estetyczne. Algorytm jest jak dyrygent, który z uśmiechem zapewnia o równości, ale w praktyce zawsze podgłaśnia instrumenty grające najgłośniej.
Młodzi szybko uczą się, jak funkcjonować w tej rzeczywistości. Wiedzą, że muszą dbać o „feed”, o spójność estetyczną, o to, jak prezentują się w krótkich formatach. Widzą, że filtry AR powoli stają się elementem handlu: jeśli aplikacja pozwala przymierzyć idealny makijaż, okulary czy włosy, zaczyna to tworzyć obraz preferowanego wyglądu. Wirtualna przymiarka przenosi się później do realnego świata — w formie zakupów, zabiegów, zmian w prawdziwym ciele. Ciało cyfrowe staje się rodzajem prototypu.
W tle tego wszystkiego zachodzą jednak także ruchy oddolne. Młodzi zmęczeni presją filtrów tworzą kontrnarracje. Pojawiają się nisze „no-filter” i „anti-beauty-norm”, rosną mikro-społeczności celebrujące niedoskonałość, trądzik, zmarszczki. To nie są jednak ruchy dominujące — to alternatywne enklawy, które dają ulgę, ale nie zmieniają całego pejzażu platform. W 2026 roku można się spodziewać, że ta kontr-kultura będzie rosnąć, ale wciąż pozostanie jedynie równoległym światem dla części użytkowników, nie głównym nurtem.
W najbliższych miesiącach trend bardziej subtelnych, niewidocznych filtrów będzie się nasilał. Sztuczna inteligencja dopracuje się metod lekkiej korekty twarzy, które nie wywołują „efektu obcego”. To będzie działać tak naturalnie, że brak filtra zacznie wyglądać jak odstępstwo od normy. To paradoks naszych czasów: im bardziej technologia staje się neutralna i przezroczysta, tym bardziej zmienia nasze poczucie tego, co „normalne”.
Jednocześnie nasilą się problemy z deepfake’ami. W 2026 roku będą one prostsze, szybsze i łatwiejsze do wygenerowania niż kiedykolwiek. Jedno zdjęcie wysłane komuś w wiadomości może stać się bazą do zmanipulowanego filmu. To wymusi na szkołach, rodzicach i instytucjach edukacyjnych znacznie większą czujność. Świat, w którym obraz nie dowodzi już niczego, jest światem ryzykownym. To, co dziś wymaga kilku kliknięć i podstawowego programu, jutro będzie możliwe jednym przyciskiem w telefonie.
Przyszłość filtrów nie musi jednak być wyłącznie mroczna. Można przewidywać, że część platform zacznie eksperymentować z bardziej odpowiedzialnymi rozwiązaniami: filtrami, które nie zmieniają proporcji twarzy, a jedynie światło czy kolor; narzędziami transparentnie oznaczającymi edycję; domyślnym wyłączeniem upiększaczy dla osób nieletnich; lepszymi systemami rekomendacji. Nie są to jednak rozwiązania, które automatycznie zmienią kulturę internetu. To raczej zestaw środków łagodzących skutki mechanizmów, które napędzają cały ekosystem.
Najważniejszym elementem, jak zawsze, pozostanie człowiek. I rozmowa. W świecie, w którym każdy może poprawić swoją twarz w sekundę, trzeba nauczyć młodych rozpoznawać, skąd biorą się ich oczekiwania wobec siebie. Trzeba pokazywać im, jak działają algorytmy, jak filtry wpływają na percepcję, jak porównania społeczne potrafią zakrzywiać samoocenę. Ale przede wszystkim trzeba uświadomić im, że tożsamość nie jest projektem do ukończenia. Że nie muszą być wersją 2.0, 3.0 czy 4.1. To, co widzą w filtrze, jest tylko jedną z nieskończonej liczby możliwych interpretacji ich twarzy — i to niekoniecznie najuczciwszą.
W 2025 roku toczy się cicha bitwa o to, która wersja nas samych będzie dominować: ta offline, ta online czy ta wygenerowana przez AI. W 2026 roku ta walka stanie się jeszcze bardziej widoczna. Granice między tymi trzema światami będą coraz bardziej płynne, a młodzi będą w niej żyć naturalnie, intuicyjnie. Naszym zadaniem — jako dorosłych, edukatorów, badaczy, rodziców — jest upewnić się, że ta płynność nie zmieni się w poślizg. Że młodzi nie zgubią siebie między warstwami filtrów.
Bo filtry można wyłączyć. Presję — nie zawsze. A to, czego najbardziej potrzebuje dziś młody człowiek, to nie kolejny efekt upiększający, ale przestrzeń, w której może zobaczyć siebie bez zniekształceń — i uznać, że to wystarczająco dobra wersja.